Widziałem aż dwie. Nie będę komentował Tannhäusera pod kątem realizacji scenicznej, która była na moje wątłe odczucie ok. Opera Wagnera jest mocno wytrawna, bo nie wychwyciłem uchem żadnego operowego hitu, a przeważały momentami nieco nużące melodeklamacje. Muszę za to powiedzieć, że fabuła i libretto są na swój sposób wstrząsające. Daruję sobie opis, bo kto chce, znajdzie sobie w parę klików myszką.
W ten sam weekend widziałem Operę mleczaną. Już dość dawno temu usłyszałem o tym spektaklu i od samego początku zastanawiałem się, jak to mogłoby się udać. Rysunki Mleczki lubię, ale jak to pokazać na deskach teatru? I to w postaci „opery”? Obejrzałem i myślę, że to nie mogło się udać. No ale tak to się kończy, kiedy pozbawione humoru dziady idą na zabawny (z założenia) spektakl. Sprawiedliwie byłoby dodać, że jednak byli na widowni ludzie, którym się podobało.
Film z outfilmu, więc wiadomo. Zacząłbym od tego, że wszystkich komentatorów, którzy zadeklarowali zachwyt tym filmem, tak prawdziwie ubogacającym, odciąłbym na rok od zwykłej filmowej sztampy i serwowałbym im Bacona, Jarmana, Grenawaya i podobnych. Jeśli ktoś lubi wiedzieć, co się dzieje i dlaczego się dzieje, po obejrzeniu tego dzieła będzie miał zrytą psychę. Trochę tu naciągam, bo film ma jakąś wątłą fabułkę, która obejmuje znanego reżysera Emiliana i jego gorące, choć mocno niestałe uczucia wobec dużo młodszych chłopców. Jeden z nich to tancerz Octavio, który w rozpaczy po porzuceniu wplątuje się w niezbyt homoseksualne układy, a z kolei znajomość z Jazenem zaczęła się od seksu za pieniądze. W jednej ze scen Emiliano i Jazen słyszą pieśń z telewizora o miłosnych porywach serca i zaczynają śpiewać razem z nim. A że nie śpiewają zbyt czysto, mamy wymarzony przez Brechta efekt obcości, choć nigdy nie pojąłem, na co to komu potrzebne. Największy odlot to półgodzinna erotyczna wstawka w środku filmu, w której bliżej nieznane postaci, dwóch facetów i kobieta, oddają się cielesnym igraszkom z towarzyszeniem bełkotliwego akompaniamentu werbalnego. Oczywiście nie wykluczam przy tej okazji jakichś wzwodów duchowych u widzów, ale ja nie doznałem. Chwilowo pozostaję duchowo zwiędły.

Ktoś już skopał ten film i w komentarzu został zapytany, czy oczekiwał arcydzieła od osiemdziesięcioletniego reżysera. Ja też mam zamiar skopać, a na to pytanie odparłbym, że nic nie oczekuję, tylko piszę o swoich odczuciach. Poza tym, czy osiemdziesięciolatkom należy się taryfa ulgowa? Mogą kręcić słabe filmy, pisać koślawe wiersze lub snuć nieskładne analizy polityczne? Moje najgłębsze przekonanie jest takie, że mają do tego prawo - a ja mam prawo ich za to poniewierać bez względu na wiek, od przedszkolaka do biskupa. Dobrze, Woody, widzę, że nie chcesz już kręcić komedii. Powinieneś jednak zauważyć, że o ile w komediach nie przeszkadzają nam sztampowe postaci zdefiniowane w pierwszych pięciu minutach, o tyle w dramatach psychologicznych już owszem, tak. Ginny jest nieszczęśliwa w małżeństwie, jej mąż to safanduła, a jego córka Carolina wygląda na atrakcyjną alternatywę dla kochanka Ginny. Wiadomo, że Ginny nie przepada za Caroliną, która zwaliła się nagle po ucieczce od męża gangstera, a samej Carolinie grozi likwidacja z rąk kryminalistów, bo wie za dużo. Nawet syn Ginny, lat około dziesięć, jest określony na początku: lubi kino i zabawę ogniem. Styl Woody'ego sprawdzał się w komediach, ale moja wyobraźnia nie jest na tyle szalona, żeby podsunąć mi wizję odbiorcy filmu Woody'ego, który wychodzi z filmu zapłakany. Lub choćby serio przejęty obejrzaną historią. Mogę wprawdzie uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy, ale tylko przed śniadaniem. Dzisiaj się już nie uda.

Lata siedemdziesiąte wieku XX to w umysłach (niektórych) millenialsów te czasy między stanem wojennym a powstaniem warszawskim - choć niewykluczone, że w odwrotnej kolejności. Przypomnijmy, że w latach siedemdziesiątych rodzice wydawali swoje córki za mąż płacąc przyszłym zięciom posagi, ale to było w wieku XIX, bo sto lat później panna Paula mogła już przyprowadzić do domu rodzinnego swojego faceta Sparrę (bo takie głupie imię on ci miał), chociaż wcale nie musiał wywodzić się z dobrego domu. Jak się wkrótce okaże, Paula o przeszłości Sparry nie wie praktycznie nic, a jego małomowność w tym temacie była uzasadniona. Być może Paula tkwiłaby sobie w niewiedzy do dzisiaj, gdyby nie Pommie (kolejne głupie australijskie imię), który ni stąd ni zowąd przyjechał do Sparry. Ponieważ film oglądaliśmy na outfilmie, było poniekąd jasne, że Pommie'ego i Sparrę łączyło kiedyś coś więcej, choć moglibyśmy nie zgadnąć, że miało to miejsce w więzieniu. Nasza powierzchowna wiedza obejmuje zjawisko więźniów praktykujących seks homoseksualny, choć po wyjściu na wolność rzadko się na to decydują. Inaczej niż w Wężu, gdzie uczucie z dawnych lat okazało się nadzwyczaj trwałe, co zaowocowało pięknym melodramatem pod płaszczykiem opowieści gangsterskiej.

W Wielkiej Brytanii już jest. Na brytyjskim fejsbuku można sobie wybrać jedną z 71 (słownie: siedemdziesięciu jeden płci). Przejęty Oko zapewne oka w nocy zmrużyć nie może z przejęcia. Ja nie jestem na teorię gender taki cięty, bo pewne obserwacje są moim zdaniem niepodważalne. Nie ma czegoś takiego, jak przypisane role społeczne uzależnione od płci, a dokładniej: są, ale jako narzucane konstrukty, które nie powinny być narzucane. Jeśli kobieta chce być w rodzinie kucharką, to ok, ale w Szwecji podobno to już nie funkcjonuje. Jeśli chodzi o te siedemdziesiąt jeden płci, to jest to niewątpliwy sukces teorii gender, który można by mieć głęboko w odbycie, ale jest jeden szkopuł. Wyznawcy gender traktują sprawę śmiertelnie poważnie i w krajach bardziej niż my rozwiniętych walczą o prawną ochronę swojej płciowej tożsamości. Weźmiesz kogoś za „MTF”, a on/ona/ono/niewiadomo uważa, że jest „pangender”, za co ma być grzywna z zamianą na pół roku za kratkami. Lepiej wybrać kratki i zadeklarować swoją płeć jako „non-binary”, co uniemożliwi wysłanie ciebie do więzienia dla kobiet lub mężczyzn, bo to dopiero byłaby dyskryminacja! Już się cieszę na tę kolorową przyszłość, w której będzie siedemdziesiąt jeden rodzajów więzień dla każdej z płci z osobna. [X]

Chyba kogoś poznałem, mówi mamie Benny, a ta ucieszona pyta: kim on jest? Och, czyżby odchodziły do lamusa tradycyjne coming out stories z płaczącymi ojcami i wyrozumiałymi babciami (lub na odwrót)? Poznany, czyli Christopher, też nie ma żadnego problemu w relacjach z matką w kwestii swojej orientacji seksualnej. Kłopoty będą innego rodzaju, bo jakieś paręnaście lat wcześniej jedna mama przypadkiem przejechała dziecko drugiej, co widzimy w pierwszych scenach filmu. Zdrowy rozsądek nie ma tu wielkiego zastosowania, bo zrozumiałe jest, że nie mamy ochoty mieć styczności z osobami, które nas skrzywdziły, nawet jeśli nie miały złych intencji. Związek Benny'ego i Christophera stanął pod znakiem zapytania, choć zapowiadał się znakomicie. Na dobrą sprawę można by sobie darować wątek homo, bo główny problem pozostałby ten sam, gdyby podmienić płeć jednego z kochanków. Zgoda, ale zauważmy ten niuans, że choćby ze względu na mniejszą liczebność gejom jest trudniej znaleźć drugą połówkę niż heterykom. Mam wrażenie, że to w pewnym stopniu zaważyło na przebiegu fabuły.