Nie wiem po co ten tytuł

              

piątek, 30 grudnia 2016

The Big Gay Musical

Nie jestem ci ja gejem od musicali, Alicji Majewskiej czy innej Maryli Rodowicz. Jak bym miał wybór, to zawsze wolałbym Black Sabbath lub Tomahawk. Obejrzałem i nie żałuję, bo ten film jest dużo lepszy niż to sugeruje tytuł. Klimat jest homo i nieco camp, ale chłopcy są zgrabni i chętnie pokazują się goło, poza wrażliwymi okolicami bikini rzecz jasna. Główny pomysł pożyczony jest z Kabaretu, gdzie utwory sceniczne przeplatają się z niescenicznymi perypetiami bohaterów. Na off-Broadwayowych deskach oglądamy alternatywną wersję wydarzeń znanych z Biblii, Bóg wcale nie miał nic przeciwko gejom, którzy zostali stworzeni na wzór ładnie wyrzeźbionych aniołów. Oczywiście była też ta nudna heteroseksualna para Adam i Ewa, po których rajski ogród odziedziczyli Adam i Steve. Po niezbyt jasnych przekrętach fabuły trafiają oni do obozu naprawczego, gdzie mają pokochać Jezusa śpiewając pieśń o tym, że wcale nie chcą lizać fiutków. Poza sceną dramat polega na tym, że niektórzy chłopcy szukają miłości, a inni sypiają często i regularnie, a potem kładą się spać w pustym łóżku, co im bardzo odpowiada. Jest też inny problem, bo rodzice jednego z dwóch głównych bohaterów bardzo chcą zobaczyć premierowy występ syna, ale ten jakby trochę zapomniał im powiedzieć, co to za sztuka i dlaczego on w niej występuje. A rodzice nie są ludźmi, którzy lekko traktują religię. To dziwne, bo nie wyglądają na ludzi dużo starszych od syna, a w tym wieku na ogół się jeszcze nie myśli poważnie o sprawach ostatecznych.

środa, 28 grudnia 2016

Kobieta ze snu czyli Awaken

Gdyby Jonathan Carroll był w słabszej formie, to zapewne mógłby napisać taki scenariusz. Pomysł niezły, ale zmarnowany na melodramat. Alex, właściciel kawiarni do spółki z bratem, spotyka dziwnie dla niego miłą Rachel, ale zbywa ją i tyle ją widział w realu, bo dziewczyna chwilę później ginie w wypadku. (Nie spoiler, bo to wydarza się w ciągu pierwszych pięciu minut.) Znienacka Rachel zaczyna mu się objawiać w bardzo realistycznych snach, w taki sposób ją poznaje i się w niej zakochuje. Te sny obojgu odmienią życie, co brzmi tajemniczo w odniesieniu do martwej dziewczyny, ale o tej zagadce opowie już redaktor Janicka. Jak to w melodramatach, przystojny Alex ma do odegrania smutek z powodu śmierci ukochanej i szczęście, kiedy może z nią obcować (i to dość dosłownie) w swoich snach. Wcale nie musi myśleć o treningach na siłowni, dorodne bicepsy, imponujący sześciopak i wyćwiczona klata po prostu mu się tak same zrobiły. Zapewne od ciężkiej pracy w kafejce. I za to między innymi uwielbiamy melodramaty. Jak widzę, na filmwebie zaliczyli film do fantastyki naukowej. Bardzo trafnie moim zdaniem, ale aby być konsekwentnym, bajkę o śpiącej królewnie też powinno się tak zaklasyfikować.

Steel

Daniel nie ma jeszcze trzydziestki, a już osiągnął sukces jako gwiazda telewizyjnego programu, w którym prowadzi wywiady z ważnymi ludźmi na ważne tematy. W seksie też jest nieźle, facetów sprowadzanych na szybki numerek wyprasza stanowczo z domu, kiedy jest po sprawie, bo po co sobie komplikować życie. Aż tu nagle w czasie joggingu spoza kadru dobiega złowróżbna muzyczka, co diametralnie zmienia dotychczasowe życie Daniela. Widzimy, że coś ciężko przeżywa, ale długo trzeba będzie czekać na nieprzekonujące wyjaśnienie. Ciężki okres w życiu pomaga Danielowi przetrwać młodziutki Alexander, który się do niego przyplątał niechciany, ale jest tak sympatyczny i wyrozumiały, że ponurak Daniel nie ma serca traktować go brutalnie. Tajemnica Alexandra wyjaśnia pod koniec filmu, ale jest równie naciągana, co trauma Daniela. Może kiedyś na skutek postępu technologicznego uda się z rozwoju ludzkiego wyeliminować okres największych urazów, czyli dzieciństwo. Jeśli komuś się wydaje, że rozpieszcza dziecko i daje mu drogie zabawki, to jest naiwny, bo ta dziewczynka jako dorosła kobieta wyleje wiele łez na kozetce lub wypije o wiele za dużo kieliszków z powodu źle dobranego koloru mebelków w domku dla lalek. Spójrzmy na Reksia oczami dziecka, muzykę wziąłem z filmu.

Baisers cachés czyli Hidden Kisses

Francuski film telewizyjny, nie pierwszy zresztą. Dla szesnastoletniego Nathana zaczyna się ciężki okres. Nie wiadomo, kto wrzucił do sieci zdjęcie z imprezy, na którym widać go w czasie pocałunku z niezidentyfikowanym kolegą. To była zgrywa, tłumaczy ojcu, ale wskutek pomysłowego zabiegu scenariuszowego szybko wraz z ojcem dowiadujemy się, że jednak nie. Ojciec nie znosi tego dobrze, ale to nic w porównaniu ze szkołą, gdzie rozkwita homofobia w różnych jej odcieniach. Od tej jawnej, ze strony kolegów równolatków, do tej bardziej subtelnej - może równie groźnej - kiedy dyrektor szkoły powstrzymuje się od bardzo potrzebnej i wskazanej interwencji, bo to mogłoby się nie spodobać paru rodzicom. No dobrze, ale co z drugim chłopcem? Na razie mu się upiekło, bo nikt nie potrafi go rozpoznać na zdjęciu, a widząc atmosferę wokół Nathana nie ma ochoty się ujawniać, czemu dziwić się nie sposób. Zresztą, aby się nie zdekonspirować, dość mocno się przykłada do homofobicznej nagonki, co żywo przypomina tych teleewangelistów z SZA, którzy jeden po drugim przyłapywani są na seksie z męskimi dziwkami lub homo-podrywie w publicznych kiblach. Do homoseksualnych młodzieńców można skierować ostrzeżenie: zabezpieczcie swoje laptopy jakimś bardziej wymyślnym hasłem, bo w przeciwnym razie mamusia wpada w szok i mówi o wszystkim tatusiowi. Na przykładzie tego drugiego tatusia widzimy, jak ciężko być homofobem. Taki się urodził, więc co można na to poradzić... Homofobia pokazana w tym filmie wydaje się mocno przesadzona, pozostaje pytanie, czy ten obrazek przedstawia patologię, czy normę. Jak kiedyś się dowiem, to napiszę.

Facet, który się zawiesił czyli Numb

Baczność! W tym filmie gra Matthew Perry, więc lepiej sobie podarować, jeśli nie przepadacie. Jest spora szansa, że po tym filmie wszyscy jeszcze mniej będziemy lubić Matthew, bo grany przez niego bohater cierpi na depersonalizację, jest marudny, ponury i złośliwy. Depersonalizacja jest schorzeniem rzadkim i psychicznym, nawet nie bardzo rozumiem na czym polega, podobno na tym, że człowiek patrzy na siebie jak na postać w filmie, a w praktyce przypomina to zwyczajną depresję. Jeśli chcieli nas zadziwić medycznym fenomenem, to klapa. Co dziwne, kobiety lgną do Matthew, widocznie lubią takich nieszczęśników, choć nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że pożycie łatwe nie będzie, bo w zasadzie już na starcie jest jego rozkład. Zasadnicze pytanie jest oczywiście takie, czy zwycięży miłość, a żadna z możliwych odpowiedzi
  1. tak, zwycięży,
  2. nie, nie zwycięży,
  3. nie wiadomo, czy zwycięży,
 niespecjalnie pomoże temu filmowi. Ale też nie zaszkodzi.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Deccan Herald komentuje wypowiedzi polityków






Polecam zacne sudoku ze stron DH.

Królestwo (Emmanuel Carrère)

Zgadzam się z Carrèrem, że święte teksty chrześcijaństwa są fascynujące, ale widzę inne niż on powody dla tej fascynacji. Są nadzwyczaj prozaiczne, a sprowadzają się do pytania, jak to możliwe, że teksty tak niejasne, wewnętrznie sprzeczne, miejscami barbarzyńskie i zwyczajnie głupie, choć - uczciwie przyznam - miejscami prawdziwie inspirujące i mądre, są do dzisiaj przez zbyt wielu ludzi uważane za podstawę cywilizacji, źródło ocen moralnych lub choćby prawdy o historii czasów, które opisują. Wiele wskazuje, że zasadnicze teksty Nowego Testamentu, czyli Ewangelie i Dzieje Apostolskie, są fikcją literacką, albo inaczej rzecz ujmując - przejawem typowej literatury z czasów, w których powstawały. Taką tezę lansuje Richard Carrier. Wiele listów apostolskich uważane jest powszechnie za fałszywki, dotyczy to paru listów św. Pawła, a tym bardziej listów św. Piotra, który był niepiśmiennym kmiotkiem, więc nie mógł posługiwać się wyrafinowaną greką „swoich” listów. Badania pokazują, że nie było to tłumaczenie z hebrajskiego sporządzone przez kumatego sekretarza. Autor Królestwa przyjmuje całkowicie odmienne stanowisko, bo po prostu zakłada, że opisana historia wydarzyła się naprawdę. A pamiętajmy, że pisze to otwarty ateista, ale jakże różny od Carriera. Jakie ma za tym argumenty? Słabe moim zdaniem. Ewangelie przytaczają przypadek upadku przez dach do pomieszczenia, w którym przebywał Jezus, bo tłum był tak wielki, że innej drogi nie było. Kto by coś takiego wymyślił? - pyta Carrère. Chyba nie docenia ludzkiej pomysłowości. Opowieść o upadku z dachu mogła krążyć jako tradycja oralna i wcale nie musiała dotyczyć Jezusa, ale autorzy Ewangelii mogli w dobrej wierze przyjąć, że to o Jezusa chodziło - i tak trafiła do świętego tekstu. Pomijając standardowe dupochrony, że nawet treść metki przy chińskim podkoszulku jest swoistą kreacją literacką, że nie należy identyfikować autora z postacią kreowaną na autora, Królestwo jest książką niezwykłą, którą można zestawić z Wyznaniami św. Augustyna. Porównywalna pasja, podobna żarliwość. W swoim życiorysie ma Carrère epizod prawdziwej religijności w wieku dojrzałym, psychiczna reakcja na życiowe niepowodzenia. Nie do końca jest jasne, w jaki sposób jego wiara wyparowała po kilku latach - jeśli jest za tym jakaś ciekawa historia, to nie ma jej w Królestwie. Jako wierzący autor bardzo serio podszedł do Nowego Testamentu, czytał go skrupulatnie i zapisywał własne komentarze w dziesiątkach brulionów. Entuzjazm autora udziela się czytelnikowi, który wchodzi w dalece głębsze niż by nawet chciał rozważania dotyczące Nowego Testamentu z naciskiem na Dzieje Apostolskie. Momentami bywa zabawnie, kiedy autor do rozważań o świętych tekstach wplata motyw z internetowej pornografii, do oglądania której przyznaje się z rozbrajającą szczerością. Królestwo jest hołdem złożonym religii przez pisarza ateistę. Warto jednak na drugą nóżkę poczytać o tym, że istnieje alternatywa. Jak przypomina nam Carrier, mało kto pamięta, że św. Paweł zmartwychwstał podobnie jak Jezus, a co więcej - skuteczniej niż Jezus szerzył wiarę chrześcijańską. To jakby poważnie obniża rangę zmartwychwstania samego Jezusa. Z Królestwa warto zapamiętać jeszcze te dwie rzeczy. Według autora przed chrześcijaństwem religia była kojarzona z zestawem beznamiętnie powtarzanych rytuałów, a wszelka religijna żarliwość była uważana za specjalność dzikusów ze wschodu. Wpisana w chrześcijaństwo pasja była jednym z filarów jego sukcesu. Druga kwestia dotyczy napięcia między pierwszymi wyznawcami Jezusa: św. Piotr i św. Jakub mieli lansować tezę, że należy przestrzegać prawa żydowskiego z Pięcioksiągu, a św. Paweł był w tym temacie dużo bardziej liberalny. Zwyciężyła ta ostatnia opcja - kolejny powód sukcesu. Na koniec miłe zaskoczenie: Carrère często wspomina amerykańskiego pisarza Philipa K. Dicka - prztyczek w nos dla subtelnych filologicznych panien, które krzywią się na myśl o fantastyce naukowej.

[1472]
„Każdego dzieła, które twa ręka napotka, podejmij się...” (Koh 9,10) (można to dziś odczytać, co dopiero teraz zauważyłem, jako zachętę do masturbacji

[4396]
Skoro on istniał, skoro się urodził, skoro zmarł, czemu zaprzeczają tylko nieliczni debilni ateiści (...) Zgodzę się, że twierdzić z całą pewnością, że Jezus nie istniał, jest równie debilne, co twierdzić, że istniał z całą pewnością. Stanowisko ateistów jest dużo bardziej zniuansowane niż autor tutaj sugeruje.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger