Nie wiem po co ten tytuł

              

sobota, 26 grudnia 2015

Krzyżowy ogień (Bob Seidensticker)

Z tej lektury wychodzi się odmienionym, mówi profesor Obirek, który w innym miejscu wyrażał podziw dla spójności światopoglądu ateistycznego (którego nie podziela). Krzyżowy ogień mnie nie odmienił, ale wcale nie żałuję, że przeczytałem. Główny temat książki to chrześcijańska apologetyka, czyli uzasadnianie prawdziwości przesłania Jezusa Chrystusa, z naciskiem na racjonalną stronę zagadnienia. Myśliciele od zarania zabierają głos w tej sprawie, przypomnijmy sobie choćby Pascala, który w Myślach długo nas przekonuje o racjonalności wiary chrześcijańskiej, ale w pewnym momencie stawia na „szaleństwo krzyża” niejako odsuwając wcześniejsze rozważania na bok. Uzasadniać wiarę można na dwa sposoby: uciekając się do lub uciekając od świętych tekstów. Ten drugi przypadek to na przykład dowody świętego Tomasza lub zakład Pascala - zawsze wtedy można zasadnie zapytać, czemu nie odnoszą się one do Allaha, Zeusa czy Kriszny. Jeśli natomiast chcemy się podeprzeć Biblią (lub inną święta księgą), to od razu staje przed nami karkołomne zadanie objaśnienia tysięcy głupstw, sprzeczności i potworności, które tam znajdziemy, a przecież to tekst natchniony od Boga. Głównym bohaterem książki jest Paul, asystent pastora Samuela w Los Angeles początku zeszłego wieku. Ten ostatni nie boi się urządzać teologicznych debat z ateistami i potrafi w nich wygrywać. Paul otrzymuje zadanie, aby chodzić od drzwi do drzwi zapraszając nowych wiernych i w ten sposób poznaje ateistę Jima, którego argumenty przeciwko wierze coraz mocniej trafiają Paulowi do przekonania. To nieco utrudnia rzetelne sprawowanie funkcji w kościele, przyznacie. Pierwsza debata wypadła raczej blado, więc przez prawie całą książkę czekamy na tę drugą, a tuż przed nią dochodzi do zwrotu akcji w najgorszym stylu oper mydlanych. Powieść jest napisana sprawnie, ale dobra literatura to jednak coś innego. Na pewno warto polecić książkę każdemu, kto chce poznać argumenty w dyskusji na temat Boga. Na racjonalnym polu walki teizm przegrywa, niemniej zakończenie powinno nieco zaniepokoić ateistów. Na koniec wspomnę o jednym z naczelnych argumentów Samuela. Skąd pochodzą prawa logiki? - pyta. Czy możliwe, aby to ludzie sami je wymyślili? Jeśli tak, to czemu są takie same wszędzie na świecie? Odpowiedź jest jasna, zostały nam dane od Boga. No dobrze, odpowiadam, ale zauważmy, że nie wiadomo, o jakiego Boga chodzi. W książce pada inna riposta. Nie należy mylić logiki z prawami logiki, jest z nią jak z grawitacją, która działa bez znajomości prawa powszechnego ciążenia.

[188]
Tomasz Jefferson powiedział: „Nie dzieje mi się żadna krzywda, jeśli mój sąsiad twierdzi, że jest dwudziestu bogów albo że nie ma żadnego boga. Ani mnie to nie okrada, ani nie łamie mi nogi”.

[196, wszystko zawdzięczamy Bogu]
- Słyszałem historyjkę o kobiecie uprawiającej ogródek. [...] Przechodzi obok pastor i mówi: „Czyż nie jest cudowne to, co Bóg potrafi zrobić w ogrodzie?”. Ona ściera pot z czoła i mówi: „Powinien był pastor widzieć ten ogród, gdy On miał go cały wyłącznie dla Siebie”.

[203, Jim do Paula]
Wszystko zależy od ciebie. Nie zamieniaj Sama, jako swojego autorytetu, na mnie. Autorytetem jesteś ty.

czwartek, 24 grudnia 2015

Grecja wypisuje się z cywilizacji chrześcijańskiej

Taki tytuł swobodnie uszedłby we Frondzie, gdyby rzecz jasna chcieli wspomnieć o tym, że w Grecji zalegalizowano związki partnerskie. Chociaż w porównaniu z gejami zabijającymi wolność w SZA - moja propozycja wypada blado. Zawsze wydawało mi się, że grecki Kościół ma pozycje tak silną, że podobne wybryki by tam nie przeszły, a tu niespodzianka. Poza tym, czy w Grecji nie ma większych zmartwień? Imigranci, morderczy dług... Przypomnijmy Szymborską, która miała większe zmartwienia, ale to jeszcze nie powód, żeby nie mieć mniejszych. 

W kręgu czyli Der Kreis

Zaskakująca hybryda dokumentu z fabułą. To niby nic nowego, zdarzało nam się widzieć gadające głowy na przemian z amatorskimi scenkami, ale tym razem elementy fabularne są naprawdę dobrej próby. Dodajmy do tego ciekawy, bo mało mi znany temat roli Zurychu na gejowskiej mapie lat pięćdziesiątych i robi się całkiem intrygująco. Okazuje się, że pisemko dla gejów o tytule Der Kreis wydawane wtedy w Zurychu miało zasięg ogólnoeuropejski (chodzi naturalnie o tak zwaną Europę Zachodnią), a na doroczne imprezy ściągali geje nawet zza oceanu. Podobno to wtedy powstał pomysł, aby podobne inicjatywy organizować w SZA, a dokładniej w San Francisco. Działalność gejów w Zurychu nie budziła szczególnego zainteresowania władz kraju, ale do czasu. Po serii morderstw w homoseksualnej społeczności opinia publiczna zwróciła się przeciwko „odmieńcom”, bo to ich niemoralne prowadzenie się doprowadziło do takich skutków, jak argumentowano w mediach. Byli ofiarami, a stali się oskarżonymi. Historia opowiada o związku nauczyciela Matthiasa z występującym jako drag queen Röbim, których widzimy też we własnej, dużo starszej postaci, kiedy wspominają stare dzieje (i parę innych postaci również). Pod koniec filmu zrozumiemy, dlaczego na opowieść o tej właśnie parze zdecydowali się twórcy.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy czyli Star Wars: The Force Awakens

Zapowiedzmy, że opowiemy najlepszy dowcip, jaki znamy, a w trakcie opowiadania będziemy pękać ze śmiechu. Bywałem w takiej sytuacji jako słuchacz i oczywiście wydawałem z siebie rechot w stosownym momencie, żeby głupio nie wyszło. Nowe Gwiezdne wojny przypominają mniej więcej taki marnie opowiedziany dowcip, bo oczekiwania były napompowane niebotycznie, a poza tym znawcy mówią, że dobre. Niektórzy z nich dodawali, że film jest zbudowany z dobrze nam znanych klocków, a ten eufemizm oznacza w praktyce autoplagiat. Gdzieś na peryferiach galaktyki młoda osoba odkrywa w sobie moc, splot wypadków sprawia, że wyrusza w kosmos, a na jej drodze stanie czarny, zamaskowany sługus władcy ciemnej strony mocy. Oczywiście w detalach jest wiele różnic, parę wątków jest rozwinięciem tych z pierwszej trylogii, widzimy podstarzałych Hana Solo i Leię, ale Chewbacca trzyma się nadal bardzo dobrze, choć - jeśli czegoś nie pokręciłem - występował już w prequelu. Dziwne, że choć rebelianci odnieśli sukces, imperium wciąż dziarsko fika i znowu konstruuje śmiercionośne bronie, które muszą mieć słabe punkty. Skąd to znamy? Luke Skywalker przepadł gdzieś bez wieści, a na czele imperium stoi wielkogabarytowy, tajemniczy Snoke, którego historię zapewne poznamy w dalszych częściach. Jeśli scenarzyści zdobędą się na odwagę, aby odejść od autoplagiatu, zobaczymy na przykład scenę, w której nasz obdarzony mocą adept dowie się, że Snoke jest szwagrem jego stryjenki. I to byłby najlepszy dowcip, jaki znam.

środa, 16 grudnia 2015

Beata mówi bankowy!

Dzięki podatkowi bankowemu czeka nas El Dorado. To nic, że prawie na sto procent koszty poniosą klienci, a Węgry, które zrealizowały podobny pomysł, wycofały się z niego dość szybko, gdy skutkiem tego znacznie spadła liczba kredytów udzielanych przez banki. Poza tym władze kręcą też bicz na siebie, skoro podatek ma objąć także obligacje skupowane przez banki. Najlepsze jest jednak to, że z podatku mogą się wykręcić polskie oddziały banków zagranicznych przekazując obsługę kredytów do centrali (lub coś w tym stylu, mogłem pokręcić). Takiej opcji nie mają czysto polskie banki. Używając języka obecnej władzy mógłbym śmiało zasugerować, że planowany podatek jest wprowadzany na pasku obcych mocarstw przez zdrajców narodu polskiego.

Waldemar Bonkowski postuluje

Cytuję za źródłem:
Waldemar Bonkowski, senator Prawa i Sprawiedliwości, nawołuje do odebrania Oldze Tokarczuk honorowego obywatelstwa Nowej Rudy. Jego zdaniem wypowiedzi pisarki stoją w sprzeczności z założeniami polskiej polityki historycznej.
Bo program partii programem narodu, jak głosił niegdysiejszy slogan, który wrył mi się w mój chłopięcy podówczas umysł. Podobno w PiS-ie odsetek byłych partyjniaków jest większy niż w innych ugrupowaniach - to by coś wyjaśniało.

Magic Mike XXL

W kategorii komedia, do której niby zalicza się ten film, jest to dość marne osiągnięcie, bo poza połówką jednego dialogu mamy więcej wzruszeń ramionami niż wzruszeń komediowych. W jakiej kategorii byłby to lepszy film? Najprędzej chyba wśród rozerotyzowanych filmów o pretekstowej fabule, w których dominuje męska nagość, a raczej półnagość powszechnie znanych aktorów. Tytułowy Mike odszedł z biznesu estradowego, ma swój mniej ekscytujący interes, ale wkrótce się okazuje, że tęskni za dawnym życiem. Rusza więc w trasę z dawnymi kolegami, niestety już bez Dallasa granego przez McConaughey w pierwszej części. Poznaje po nocy jakieś panny, które niczym trzy siostry Czechowa marzą o wyjeździe do Nowego Jorku i niby tam jadą, a dzień później Mike widzi je w domu mocno wyluzowanej damy z południa SZA, w tej roli Andie McDowell. Jest to jeden z przystanków w odysei naszej gromadki, po drodze zdarza im się najgłupszy wypadek samochodowy, jaki dane mi było widzieć. Celem jest występ na niesławnym festiwalu męskich grup striptizerskich, a główna oś dramatu to dylemat, czy wystąpić z rutynowym programem, a może spróbować czegoś nowego? Dylemat fascynujący. Kluczowy występ oglądamy praktycznie w całości, ale jakoś bez tego entuzjazmu, którym emanował wielotysięczny tłum napalonych kobiet. To ja przepraszam, ale byle reklama bardziej na mnie działa.
The Infamous Middle Finger The Infamous Middle Finger