Po orzeczeniu Sądu Najwyższego w SZA małżeństwa jednopłciowe zostały zalegalizowane na terenie całego kraju, czyli również w tych stanach, które były temu przeciwne. To dość dziwna sytuacja, kiedy mała grupa ludzi decyduje o sprawach istotnych dla całego kraju. Z tym zastrzeżeniem, że to nie jest sprawa istotna, ale przez republikańskich moherów jest ustawiona jako najważniejsza w świecie. Była liderka republikańska, Cathie Adams, tłumaczy na wizji, że mężczyźni nie zostali stworzeni do penetracji, a przykłady historyczne pokazują, że akceptacja homoseksualizmu prowadziła do upadku imperiów, jak to się stało z Rzymem i „imperium greckim”, czymkolwiek ma być to ostatnie (czyżby Mehmed II zdobył Konstantynopol z powodu homoseksualizmu jego obrońców?). Jak tłumaczy nam Kyle, nieoczywisty związek praktyk homoseksualnych z upadkiem imperiów polega na tym, że rzymscy faceci zaczęli się ruchać, a było im tak dobrze, że przestać nie mogli, dlatego też nie mieli chęci bronić imperium przed penetracją przez barbarzyńców. Nie pierwszy to raz, kiedy konserwatywne kmiotki przedstawiają seks homo jako źródło niezwykłych przyjemności. Mnie jak zwykle przy okazji kolejnych przywilejów przyznawanych gejom interesuje spojrzenie Frondy na te zjawiska. Słówko „przywileje” jest niefortunne z mojego punktu widzenia, bo to zaledwie zrównanie w prawach, a przywileje (między innymi podatkowe) to mają na przykład kościoły i związki wyznaniowe z wyłączeniem Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Tym razem Fronda dała tytuł „Geje zabijają wolność w USA”, co jest bardzo logiczne, bo jak tu być wolnym, skoro dwóch facetów może wziąć ślub. Nie ma wolności w USA, zabita jest, więc jest niewolnictwo, a przypomnijmy sobie - w Biblii nie pada ani jedno słowo za potępieniem niewolnictwa. Słodki Jezus nauczał, aby niewolnicy byli posłuszni swoim panom, więc amerykańscy chrześcijanie powinni z pokorą przyjąć swoją odmianę losu. No chyba, że Fronda się myli, ale tego nie mogę sobie wyobrazić.
Efekt kwantowy w wersji dla ubogich duchem to sytuacja, kiedy cząstka elementarna może znajdować się tylko na określonych powłokach, nie na żadnych „pośrednich”. W życiu też występują efekty kwantowe, ale raczej rzadko, bo rzadko kto prosi o sprzedaż kropli benzyny. Po zastosowaniu drakońskich kar na polskich drogach samochody w terenie zamieszkanym zaczęły się wlec, co podobno powoduje korki. Główna kara to odebranie prawa jazdy na trzy miesiące za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h. Rozumiem więc, że polscy miejscy rajdowcy umieją jeździć albo 50 km/h na godzinę więcej niż to dozwolone, albo przepisowo. I to jest ten niespodziewany efekt kwantowy, który obserwujemy.
Kierwiński to poseł Platformy Obywatelskiej, którą wszyscy już umieszczają na katafalku. Za chwilę zapalą gromnicę, a potem zrobią sobie pokaz fajerwerków jak po upadku imperium w odległej galaktyce. Jeśli dobrze zrozumiałem, w ostatnim Śniadaniu w Trójce Kierwiński zaproponował, aby ostrzegano turystów o planowanych zamachach - to w nawiązaniu do niedawnej serii zamachów w Tunezji. Pomysł mi się podoba szalenie, można by połączyć to z prognozą pogody, żeby człowiek był lepiej zorientowany, czy warto gdzieś polecieć na wakacje.

„Obawy nie-naukowców można zrozumieć, ale nie przesądzają one przecież o braku wiarygodnych metod (naukowych) pozwalających badać i weryfikować twierdzenia o istnieniu i aktywności różnych nadnaturalnych bytów i mocy. Teoretycznie hipoteza boga mogłaby być przetestowana przy użyciu metod stosowanych przez współczesną naukę, przynajmniej gdyby jej zwolennicy zdecydowali się wysnuć z tej hipotezy jakiekolwiek falsyfikowalne tezy i poddać je empirycznej weryfikacji (oraz pogodzić się z odrzuceniem swojej hipotezy, gdyby przewidywania te się nie potwierdziły). To jednak tylko teoria, bowiem w praktyce wyglądałoby to zapewne zupełnie inaczej (przynajmniej tak było do tej pory) - dowolny wynik niepotwierdzający hipotezy i tak zostałby wytłumaczony w sposób dla niej korzystny. I w rzeczywistości to nastawienie teistów, a nie ograniczenia współczesnej nauki, sprawia, że w zasadzie nikt z przedstawicieli nauk ścisłych ani z grona naukowców reprezentujących nauki społeczne nie kwapi się dziś do testowania hipotezy boga. Po prostu w kształcie, jaki dają jej wierzący, jest to hipoteza nieobalalna. To dogmat, a dogmatów nie da się testować.” (50 mitów o ateizmie)

Szczęśliwie wiedziałem odpowiednio wcześniej, że do dzieł Greenawaya potrzebne jest specjalne nastawienie, które pozwoli uniknąć rozczarowania tym, że nie obejrzymy filmu obyczajowego lub komedii kryminalnej. Co nie znaczy, że w Goltziusie obyczajów nie ma. Są naturalnie, ale dość mocno rozluźnione. Główna opowieść to sześć przedstawień na motywach biblijnych, jakie przed margrabią Alzacji wystawia trupa Goltziusa, aby przekonać go do inwestycji na rynku wydawniczym (!). Poczyna sobie śmiało, bo wybiera ze świętych pism wątki ociekające seksem i przemocą, i nie waha się pokazywać ich bez skromnej umowności. Zaryzykowałbym twierdzenie, że nagie postaci cieszą nasze oko przez większość czasu. Przeważa nagość kobieca, choć i męskiej jest niemało, nawet w postaci fallicznej. Może dlatego mogliśmy obejrzeć film na serwisie outfilm.pl. Greenaway miał po prostu ochotę trochę poświntuszyć, choć zapewne krytycy będą w tym filmie dostrzegać twórcze rozwinięcie podejścia Pasoliniego do pokazywania seksu w kinie. Scenografia jak to u Greenawaya - jest jednocześnie pomysłowa i niebanalna, choć nikt nie zadaje sobie trudu, aby ukryć to, że za pałac margrabiego robi wielka hala fabryczna. Styl dominujący to groteska, więc nie można liczyć na przeżywanie głębszych wzruszeń nad losami bohaterów, a momentami nie są one wesołe. Powodem głównym tego jest bluźnierstwo, które wbrew deklaracjom margrabiego o wolności słowa na jego dworze, prowadzi do nieszczęśliwych następstw. Film momentami był zabawny w warstwie słownej, dowcip ten wszelako ulotny i subtelny jest. W pewnym momencie okazuje się, że obejrzeliśmy - jak tłumaczy nam sam Goltzius - męczeństwo prekursora ateizmu. Jedną z metod argumentacji niewierzących jest pokazywanie ludziom nonsensów, jakie można znaleźć w świętych tekstach, a film Greenawaya wpisuje się w ten proceder. Na koniec oczywiście nie powstrzymam się od paru westchnień pod adresem nadobnego Boethiusa (Giulio Berruti), który bez żadnej nieśmiałości demonstrował swoją perfekcyjną nagość.
- Czy kochasz Jezusa Chrystusa?
- Oczywiście.
- No to jesteś gejem.